Szlak Św. Olafa – relacja

Poniżej przedstawiam relację z mojej wędrówki szlakiem Świętego Olafa. Zaczęła się ona w Oslo i zakończyła w Nidaros, obecnym Trondheim. Prawie samotnie przeszedłem 650km przez Norwegię. Były wzloty i upadki. Były zachwyty i momenty zwątpienia.

Serdecznie zapraszam do poznania szczegółów mojej podróży, dzień po dniu. Jednak polecam najpierw zaparzyć sobie ciepłą herbatę i wygodnie usadowić w fotelu, gdyż relacja jest całkiem niekrótka!

Dzień 1. Warszawa – Oslo (1 060 km)

Do Norwegii wyleciałem 16 czerwca z samego rana. Po wylądowaniu na Oslo Torp Skandynawia przywitała mnie deszczowa pogoda. Po przedostaniu się busikiem do centrum Oslo powędrowałem najpierw do sklepu sportowego w celu zakupu butli gazowej a następnie do Centrum Pielgrzyma. Tam okazało się, że jestem pierwszym Polakiem, który w tym roku zamierza przejść ten szlak. Zakupiłem paszport pielgrzyma i udałem się pieszo do mojej znajomej, która mieszka w Oslo. Okazało się, że jej mieszkanie jest dosłownie przy samym szlaku. Tam spotkałem się z nią, jej chłopakiem Norwegiem i jeszcze jedną znajomą z Polski. Razem poszliśmy się przejść po Oslo. Znajoma robiła za bardzo dobrego przewodnika, bo pokazywała miejsca, które nie są oblegane przez turystów.  Bardziej turystyczne miejsca w Oslo opisałem w swojej relacji z mojego pierwszego wyjazdu do Norwegii. Popłynęliśmy też na wyspę Hovedoya, gdzie ujrzeliśmy ruiny zakonu Cystersów. Później pokazali mi miejsce rozpoczęcia szlaku. Tego dnia jeszcze spałem pod dachem. Pełen stresu przed największym podróżniczym wyzwaniem w moim życiu. Następnego dnia miała się zacząć przygoda życia.

Dzień 2. Oslo – Gjelleråsen (17 km)

Przed obiadem zrobiliśmy jeszcze spacer po parku na wzgórzu Ekeberg, gdzie jest wiele rzeźb.  A po obiedzie czas zacząć przygodę!

O godzinie siedemnastej staję przy początkowym kamieniu milowym. Wskazuje on 643km do Nidaros. Pamiątkowe zdjęcia i zaczynamy. Pogoda dobra. Najpierw idę na stare miejsce rozpoczęcia szlaku, później na obecne, które z powodu budowy tunelu zostało przeniesione o kilkaset metrów do innych ruin. Plan na dzisiaj to wyjście z Oslo. Początkowo idzie się całkiem dobrze. Później zaczyna się przechodzić przez mniej przyjemne miejsca. Mija się dzielnice przemysłowe i bloki socjalne. Pierwszy kościół na drodze okazuje się zamknięty. Ostrzegali o tym w Centrum Pielgrzyma. Zatem nie zrażając się idę dalej. Dzień jest długi to można iść do późna w nocy. Jednak cały czas idę w stresie. Czy dam radę przejść ten szlak? Czy rozsądnie postąpiłem wyruszając na niego? Przy kościele Furset znajduję bardzo dobre zaplecze, by zrobić sobie kolację. W czasie posiłku podchodzi do mnie Norweg i wywiązuje się dość długa rozmowa. Nawet miło z kimś porozmawiać. Aczkolwiek on jest dość zszokowany, że chce mi się iść tyle na piechotę. Proponuje mi bym podjechał kilkanaście kilometrów pociągiem. Podziękowałem grzecznie za rady, ale nie skorzystałem z nich. Po kolacji idę jeszcze kilka kilometrów do lasu Gielleråsen, gdzie spotykam sarnę z trzema młodymi. Nawet nie były bardzo płochliwe. Później zaczynam szukać miejsca na nocleg. Pierwsza noc w lesie, blisko miasta, pierwszy dzień. Cały czas się stresuję. Na szczęście noc jest dość ciepła, zaś jasne niebo przeszkadza w zasypianiu.

Dzień 3. Gjelleråsen – Høyfjellet (30 km)

Następnego dnia wstaję koło 9:30. Po spakowaniu obozu okazuje się, że zgubiłem ołówek i nie mogę sporządzić notatek. Wychodzę z lasu i zaczynam iść polnymi drogami. Dochodzę do kościoła w Skedsmo, gdzie widzę grupę ludzi. Od razu częstują mnie kawą i jakimś napojem na bazie słodkiego syropu (z cynamonu?). No i tutaj następuje pierwszy mały szok. Otóż pastorem w tym kościele jest kobieta. Nie przeczę, że nie wiedziałem o tym. Niestety nie ma pieczątki, ale daje mi wpis do paszportu i długopis, bym mógł pisać dziennik. Później na grobli w lesie spotykam skrzynkę z zeszytem do wpisywania się i widzę tam wpisy od dwóch Polek. Wpisały się dzień przede mną. Może je dogonię później? Krajobraz zmienia się bardzo często. A to idę asfaltem, a to polną drogą, a to leśną ścieżką. Gdy zabrakło mi wody to proszę kogoś, kogo widzę w ogrodzie. Okazuje się, że to Polak. Po krótkiej rozmowie idę dalej. Obiad jem na stacji benzynowej. Moje ramiona mówią mi jednak, że jedzenia wziąłem bardzo dużo. Plecak bardzo mi ciąży. Zaczynam mieć pierwsze przemyślenia. Idąc cały czas na północ, słońce świeci mi za plecami. Powoduje to, że cały czas widzę swój cień. Alegoria do gonienia samego siebie bądź cienia swojej osoby (tej gorszej strony). Jeszcze będę miał dużo czasu, by na ten temat rozmyślać. Po drodze spotykam rowerzystę. Odbywam z nim krótką i bardzo miłą rozmowę. Daje mi to trochę energii na resztę dnia. Pod koniec dnia małe problemy ze znalezieniem noclegu, ponieważ wokoło są same pola uprawne. Udaje się jednak znaleźć nocleg przy opuszczonym i zarośniętym budynku gospodarczym.

Dzień 4. Høyfjellet – Homlen (20 km + 5 km poza szlakiem)

W poniedziałek pobudka o 9. Z samego rana udaje mi się dostrzec 3 sarny. Za Jessheim widzę jeden z największych kurhanów w Europie. Tutaj też gubię trasę po raz pierwszy. Idąc za znakami zapominam odbić do kościoła w Hovim. Muszę wracać kilkaset metrów. Przy okazji mijam się z 3 pierwszymi pielgrzymami, ale tylko się pozdrawiamy. Przy kościele udaje mi się zdobyć pieczątkę. Daje mi ją ogrodnik. Za kościołem trasa biegnie przez polne drogi a później niestety dużo asfaltami. Dochodzę do lotniska Gardermoen. Za lotniskiem odbijam od szlaku na zachód, by dojść do miejsca o nazwie Trandumskogen. Trochę błądzę, ale ostatecznie udaje mi się znaleźć to miejsce. I w skrócie. Robi wielkie wrażenie. Jednocześnie jest trochę ponure i upiorne. Znalazłem się tam samotnie, w środku lasu. Niebo pokryte chmurami i zaczyna padać deszcz. A ja widzę ogromne wydrążone żelbetowe płyty upamiętniające rozstrzelanych norwegów podczas II Wojny Światowej. Nie będę ukrywał, że się trochę bałem być tutaj samemu w deszczu. Deszcz zaczyna padać coraz mocnej. Postanawiam wrócić na szlak. Szło się całkiem nieźle dopóki szlak nie odbił od szosy, by okrążyć małe, urocze jeziorko. Wokół tego jeziorka była bardzo wysoka mokra trawa i zaczęło do tego jeszcze mocnej padać. W ulewie i wysokiej trawie przedzieram się, a wszystko od pasa w dół mam przemoknięte do suchej nitki. Jedna pani zatrzymuje się w samochodzie i proponuje mi nocleg. Pomimo pogody odmawiam, bo cena wysoka i nie chcę, by pierwszy deszcz spowodował, że nie śpię pod namiotem. Po podejściu udaje mi się znaleźć całkiem ciche miejsce na namiot. Po rozłożeniu namiotu i zjedzeniu kolacji przestaje padać. Doceniam wtedy, że wziąłem duży namiot. Mogę spokojnie się rozłożyć, przygotować kolację czy przebrać się. Na poprawę nastroju jem batonika i dzwonię do bliskich. Zaczynam za nimi tęsknić.

Dzień 5. Homlen – Lysjøhimet (37 km)

Budzę się z zimna o 3 rano. Leżę jeszcze przez godzinę i zaczynam się zbierać. Dzisiaj przede mną dużo miast. Podczas składania mokrej szmaty zwanej domem łapię trochę dołującego nastroju. Na szczęście słońce ładnie świeci i po drodze widzę liska, co sprawia, że humor mi się poprawia. Wodę i herbatę gotuję przy markecie Kivi, co dziwi pracowników i właściciela. Na szczęście nie mają nic przeciwko. Dość szybko dochodzę do Eidsvoll verk, gdzie znajduje się muzeum poświecone konstytucji Norwegii. Podpisali ją w 1814 roku. Podobno pielgrzymi też mogą liczyć na darmową kawę. Niestety nie mogę napisać tego ze stuprocentową pewnością, gdyż dochodzę do muzeum przed godzinami otwarcia. Tuż za samym Eidsvoll idzie się wzdłuż bardzo ładnego jeziorka. Na malutkiej wysepce widzę 2 namioty. Ich właściciele jeszcze śpią w najlepsze, a ja postanawiam zjeść śniadanie. Kilka kilometrów dalej idzie się polnymi drogami i trzeba przejść przez ogromne chaszcze. Gdyby nie znaczki to nie spodziewałbym się, że tam prowadzi jakikolwiek szlak. Po dotarciu do kościoła w Eidsvoll okazuje się, że w celu zdobycia pieczątki trzeba zatelefonować do biura kościoła. Numer telefoniczny do biura znajdziecie na tablicy ogłoszeń przed kościołem. Biuro zaś znajduje się za mostem, naprzeciwko marketu Rema. No i jest w paszporcie kolejna pieczątka! Wychodząc z miasta zauważam w oddali dwójkę pielgrzymów. Udaje mi się ich dogonić przy chatce dla pielgrzymów. Okazuje się, że to są dwie Polki, które wcześniej wpisywały się do zeszytów po drodze. W końcu mogę z kimś porozmawiać. Jedna z nich wcześniej przeszła jeden ze szlaków na Hiszpańskim Camino, a dla drugiej taki szlak to pierwsza poważna wyprawa z namiotem. Wspólnie podążamy dalej. Wchodzimy na pierwszy górski odcinek. W porze obiadowej rozkładamy się przy pięknym jeziorze. Tutaj mogę powiedzieć, że mój plecak początkowo w połowie był wypełniony jedzeniem przywiezionym z Polski. Względy ekonomiczne, bo niestety żywność w Norwegii jest bardzo droga. Osobiście, jako jeden z rodzajów pożywienia na takie wyprawy, polecam orzechy. Są pożywne, zdrowe i trwałe na temperatury jak i na pogniecenie w plecaku. Po posiłku razem z Polkami dochodzimy do chatki Lysjohimet. Mała, górska chatka przy drodze, a obok pasą się owieczki. W chatce nie ma nikogo (nawet gospodarza). Jest za to całkiem nieźle wyposażona, a w sypialni znajdują się 2 łóżka piętrowe. Nocleg w chatce kosztuje „co łaska”. W spokoju możemy się dzisiaj wyspać na łóżkach.

Dzień 6. Lysjøhimet –  Stange (45 km)

Następnego dnia dziewczyny wychodzą mniej więcej godzinę przede mną jednak przy zejściu z gór udało mi się je dogonić. One postanowiły w Espie zrobić postój, a ja poszedłem samotnie dalej. Obiad zdecydowałem zrobić przy kościele w Tangen. Także tutaj udało mi się zdobyć pieczątkę od pracownika kościoła. Dziewczyny mnie doganiają. Po krótkiej rozmowie one oznajmiają, że zamierzają dzisiaj spędzić nocleg na farmie Ekeberg. Ja zaś chcę iść tak długo aż moje bardzo zmęczone nogi pozwolą mi iść. Pod koniec lasu już myślę o rozbiciu namiotu, ale ilość komarów zniechęca mnie do tego pomysłu. Po wyjściu z lasu dzwonię do znajomego, u którego mam mieć nocleg za kilka dni z pytaniem czy mogę przybyć dzień wcześniej. Mówi, że żaden problem. Daje mi to dużo motywacji. Dzięki temu dochodzę aż do kościoła w Stange. Jednak przy kościele nie ma dobrego miejsca do spania. Postanawiam odejść trochę na zachód i trafiam na bardzo ładny zagajnik. Nawet była w nim stara ławeczka. Niby blisko drogi, ale z drogi ciężko było dostrzec mój namiot. Po kolacji trzeba iść spać. Tutaj, jako ciekawostkę dodam, że Norwegowie  bardzo lubią stare, duże, amerykańskie samochody, mimo że mają one duży apetyt na paliwo! Z tego co zauważyłem, Norwegowie mają je głównie w celach kolekcjonerskich.. Ale jak zapewne już wiecie, to przede wszystkim samochody elektryczne cieszą się tutaj dużą popularnością. Początkowo ich rejestracje zaczynały się na litery „EL”, ale ponieważ ich numeracja się już skończyła to teraz zaczynają się także na „ET”. Wracając do mojego wędrowania, wyszło na to, że moje tempo jest szybsze niż zakładałem. Dystans zaplanowany na 7 dni zrobiłem w 6. Przede wszystkim powoli się aklimatyzuję na długim szlaku. Jedynie wszystkie dni, drogi, sceny zaczynają mi się mieszać. Cały czas w drodze robi swoje, więc dobrze, że znajduję czas na sporządzenie kilku notatek. Myślę jednak, że ten wyjazd daje mi odwagę do wyznaczania kolejnych większych, długotrwałych celów. Mam nadzieję, że nauczy mnie też wytrwałości i cierpliwości do osiągnięcia a przynajmniej do próbowania, by je osiągnąć.  

Dzień 7. Stange – Brumunddal (20 km)

Kolejna zimna noc i kolejna pobudka z zimna. Przed 8 wyruszam na szlak, ale każdy krok sprawia ból. Ból w udzie. Dokładnie w kości. Nie jest to przyjemne. Mniej więcej, co godzinę robię sobie odpoczynek. Przed samym Hamar jest kilka fajnych miejscówek do spania przy jeziorze. Nawet była nowa wiata. Świeżo bejcowana! Dochodzę do grobli i mostu kierującego do Hamar. Wtedy mym oczom ukazuje się duża budowla niczym stadion. Okazuje się, że to jest hala, w której znajduje się łódź wikingów. W tym miejscu też szlak rozdziela się. Jedna opcja prowadzi jak mapa przez most, a opcja numer dwa prowadzi wokół zatoczki. Ja z powodu bólu wybieram krótszą trasę przez most. W Hamar można zobaczyć kilka rzeźb. Między innymi dzwony stojące w wodzie czy też kamień wodowskazowy ukazujący poziomy zwierciadła wody, które wystąpiły podczas największych powodzi. Po drodze jeszcze widzę wiele dzieci bawiących się i uprawiających sporty na świeżym powietrzu. Albo to są zajęcia szkolne albo inne zajęcia podobne do naszej akcji „lato w mieście”. W końcu dochodzę do centrum pielgrzyma w Hamar. Tam się rozgaszczam, jem obiadek i chwilę odpoczywam. Dowiaduję się, że dla pielgrzymów zwiedzanie ruin katedry jest darmowe, a w muzeum jest zniżka. Bez plecaka idę pozwiedzać ruiny i powiem szczerze, że dużo większe wrażenie robi na mnie budynek, w którym znajdują się ruiny. Z daleka wygląda jak wielka trójkątna szklarnia, ale z bliska okazuje się, że żadna z płaszczyzn nie jest płaska. Jeśli chodzi o same ruiny to większe wrażenie zrobiły na mnie ruiny zakonu w Oslo. Wychodzi na to, że ruiny są całkiem dobrze wykorzystywane. Odbywają się w nich msze święte a także koncerty. W dniu, w którym przybyłem miał być koncert muzyki dawnej. Wokół ruin znajduje się także skansen, w którym można podziwiać stare norweskie budownictwo. Po odpoczynku w Hamar wyruszam w dalszą drogę. Ból jest coraz większy, ale motywuję się ogromną nagrodą, jaka czeka mnie po dojściu do Brumunddal. Przy kościele w Furnes zdobywam pieczątkę. Kościół był zamknięty, ale pieczątka znajdowała się w budce obok kościoła. Po kilku godzinach dochodzę do Brumunddal. Przechodzę przez główny deptak w miasteczku i dochodzę do głównego placu. Niestety jest ogrodzony, bo trwają przygotowania do festiwalu muzycznego. Patrząc na wielkość placu i sceny podejrzewam, że to będzie miał raczej charakter lokalny. Później się dowiaduję jak bardzo się myliłem. W tym roku grał m.in. zespół Europe (It’s the final countdown…tytyryty 🙂 ). Wtedy moje przemyślenia wędrują w kierunku miast w Norwegii. Gdy już wyszedłem z Oslo to pozostałe miasta wydają mi się trochę wymarłe. Na ulicy pojedyncze samochody a w ogrodach pojedyncze osoby. Trzeba wziąć poprawkę na okres urlopowy, bo to na pewno ma wpływ na tą sytuację. Jednak to, co w Norwegii uważane jest za miasteczko to w Polsce uchodziłoby za większą wieś. Po prostu inna skala. Dochodząc do ronda z rzeźbą wielkiej, zardzewiałej szyszki. Dzwonię do kolegi i czekam na transport do jego domu. Pierwszy cel tej wyprawy osiągnięty. Można odpocząć.

Dzień 8. Brumunddal – Brumunddal (0 km)

U znajomych spędziłem cały dzień na odpoczywaniu. Dostaję też trochę zapasów takie jak orzechy i suszone owoce (ananas, żurawina…). Udało mi się u nich przeczekać deszczową pogodę. Prawdziwy dzień „zero”, czyli dzień, w którym zrobiłem 0 kilometrów.

Dzień 9. Brumunddal – Møkkvika badeplass (24 km)

Następnego dnia opuszczam ostatni przyjazny dom koło godziny 15. Kolega odwiózł mnie z powrotem do ronda z wielką szyszką skąd rozpocząłem wędrówkę od miejsca, w którym zakończyłem. Wypoczęty, najedzony i bez bólu nóg można wędrować dalej. Z drugiej strony żal było opuszczać tak gościnne i wygodne miejsce. Pojawiają się pierwsze wątpliwości o podjętej decyzji, by wyruszyć na ten szlak. Najpierw mijam kościół w Veldre. Na wieży tego kościoła znajduje się Gwiazda Dawida. Powiem szczerze, że jeszcze nie znalazłem odpowiedzi, dlaczego na niektórych kościołach znajduje się ten symbol. Podobno ozdabiano tym symbolem kościoły chrześcijańskie zanim Gwiazda Dawida stała się symbolem kojarzonym z judaizmem i ruchem syjonistycznym (czyli przed 1897r.). Po krótkim odpoczynku widzę, że nadciągają ciemniejsze chmury. Na szczęście przed deszczem udaje mi się schronić w budce nieopodal Tokstadfurua – ogromnej sosny będącej pomnikiem przyrody. W budce są 2 fotele z drewna, księga do wpisów i okna dachowe, przez które można podziwiać sosnę. Po zakończonym odpoczynku wyruszam na szlak. Jeszcze raz łapie mnie deszcz, ale jest to bardzo przyjemny letni deszcz w letnim słońcu. Piękny widok. Jeśli ktoś interesuje się norweską muzyką bądź literaturą to tego dnia na szlaku może odwiedzić muzeum Alfa Prøsena. O ile będzie otwarte. Znajduje się ono w środku lasu, co daje niesamowity klimat. Dochodzę do kościoła Ringsaker, gdzie spotykam innych pielgrzymów. Oni rozkładają się już w schronisku. Ja biorę tylko pieczątkę i wyczytuję w księdze gości, że Polki tutaj spały dzień wcześniej. Ja idę jeszcze trochę i nocuję przy kąpielisku nad jeziorem. Na kolację jem pyszną, domową pizzę, którą dostałem od znajomych.

Dzień 10. Møkkvika badeplass – Bårdseng (32 km)

Wyszedłem dość późno, bo koło godziny 9. O ile na początku szło się całkiem fajnie przez lasy (zgubiłem się na całe 5 minut) to po przejściu miejscowości Moelv było bardzo długie podejście po asfalcie. Oczywiście szedłem w pełnym słońcu. Okropność! Widzę na drodze 3 pielgrzymów płci żeńskiej. Chyba ta sama grupa, co wczoraj spała w schronisku. Po dosłownie 2 zdaniach okazuje się, że dwie z nich pochodzą z Polski a trzecia z Austrii. Obecnie wszystkie mieszkają w Austrii. Kolejni pielgrzymi, kolejni Polacy. Śmiesznie. Zapoznając się przed wyruszeniem na szlak to mi wychodziło, że rocznie wychodzi na ten szlak 1-2 Polaków. Jak widać w tym roku znacznie zawyżyliśmy tę statystykę! Idę z nimi i rozmawiamy na różne tematy, gdy nagle z jednego gospodarstwa wybiega pani i wręcza nam po lodzie. Pierwszy „Trial Angels” jakiego spotkałem (czyli osoba, która bezinteresownie pomaga ludziom na szlaku). Później się rozdzieliliśmy i znowu szedłem samemu. Trochę smutne uczucie, gdy człowiek chce z kimś porozmawiać, a nie ma z kim. Przy źródełku Św. Olafa zjadłem kolację, a potem już tylko zostało szukanie miejsca do spania.

Dzień 11. Bårdseng – Rinddal (40 km)

Tego dnia przejdę przez Lillehammer. Miasta kojarzonego głównie ze skokami narciarskimi i zimowymi Igrzyskami Olimpijskimi z 1994 roku. Osobiście się zawiodłem na tym mieście. Myślałem, że będzie miało charakter bardziej górski i że po prostu będzie większe. Jednak pomimo komercjalizacji nasze Zakopane jest naprawdę ładne. Obok kościoła łączą się też dwa warianty szlaku Gudbrandsdalen. Wschodni i zachodni. Od tego miejsca jest już tylko jeden szlak prowadzący do celu, czyli do Trondheim, ówczesnego Nidaros. Za miastem idziemy długo boczną drogą. Później za stokiem narciarskim wchodzę do lasu. Mijamy dużo wodospadów i strumieni z kładeczkami, po których można przejść suchą stopą. Ogólnie dzień minął całkiem dobrze. Miejsce do spania znalazłem na wykoszonym polu obok strumienia, dzięki czemu mogłem wziąć porządną kąpiel.

Dzień 12. Rinddal – Flatmoen (39 km)

Noc była bardzo zimna. Nie jestem pewny czy udało mi się zasnąć. Przed godziną 8 byłem już na szlaku. Szedłem przez tereny górzyste i gdy myślałem nad zimną nocą ujrzałem na horyzoncie ośnieżone szczyty gór. Trochę się przeraziłem myślą, że podążam w ich kierunku. Schodząc na dół dochodzę do głównej drogi E6. Jest to niebezpieczny odcinek szlaku, gdyż idzie się dość blisko samochodów. Na szczęście nie jest to długi odcinek. Dochodzę do miejscowości Fåvang gdzie odbijam do kościoła w tym mieście. Po zejściu okazuje się, że jego nie ma. Mały szok i niedowierzanie. Wykorzystując sytuację poszedłem do marketu zaopatrzyć się w prowiant, a dodatkowo zjadłem od razu obiad. Na szlaku później mija się kościół Ringebu. Jest on bardzo ładny. Wstęp (gdyby był otwarty) jest płatny. Niestety nie znalazłem obok niego pieczątki. Dzisiaj postanawiam znaleźć miejsce, by namiot był w słońcu i ogrzewał się podczas poranka. Znajduję miejsce za miasteczkiem Ringebu, bo już byłem bardzo zmęczony i miałem mało wody. Niestety znajduję miejsce z taką ilością komarów, że nie zrobiłem nawet zdjęcia obozowiska.

Dzień 13. Flatmoen  – Stusslia (29 km)

Niestety zabieg z namiotem na słońcu niewiele pomógł. Było może minimalnie cieplej w środku. Zaczynam się zbierać koło 6:30. Dość szybko udaje mi się dość do centrum pielgrzyma nieopodal Hundorp. Miałem dużo szczęścia, bo spotkałem gospodarza przed otwarciem i dzięki temu otworzył mi centrum oraz zagotował wodę. Odpoczywam, suszę małe pranie i ładuję aparat. W księdze gości nie ma jeszcze wpisanych Polek to jest szansa, że je wyprzedziłem. Czekając w centrum pielgrzyma w końcu widzę je na horyzoncie. Gdybym ich nie zawołał to pewnie minęłyby to centrum. No to wszystkim udało się przejść połowę szlaku, czyli około 320 km za nami! Po wyjściu przeszliśmy ledwo ze 2 kilometry i doszliśmy do kościoła w Søron, gdzie miły pan zaprasza nas do środka. Okazuje się, że za chwilę będzie grał koncert. Przed każdą piosenką opowiada po angielsku, o czym będzie śpiewał. Po koncercie wręcza nam wszystkim swoje płyty. Razem idziemy cały dzień. Chcieliśmy dojść aż do Kvam, ale upał daje nam się we znaki. Dlatego doszliśmy tylko do Stussili. Jest to opuszczona farma, przy której pasło się kilka owiec. Bardzo ładne miejsce z ładnym widokiem. Po spędzonym dniu z ludźmi stwierdzam, że przyjemnie się chodzi z kimś. Można dzielić radość i zachwyt nad otaczającymi widokami. Z dobrym towarzyszem to nawet nudny i ciężki szlak może być przyjemnością. Z drugiej strony trzeba mieć kogoś, kto ma podobne tempo, z kim się dogadujemy. No cóż, typowe wady i zalety chodzenia z ludźmi.

Dzień 14. Stusslia – Varphaugen (24 km)

Udało mi się pospać do godziny 4. Wyruszyliśmy jednak dopiero około godziny 9. Do samego Kvam szło się całkiem nieźle. Najpierw lasem, później asfaltem. Gdy dotarliśmy do miejscowości to podeszliśmy do kościoła a następnie na camping obok. Camping okazał się miejscem przyjaznym pielgrzymom i mogliśmy za darmo wziąć prysznic, coś wyprać jak i podładować elektronikę. Po krótkich zakupach w miejscowym markecie Kivi skierowaliśmy swe kroki w kierunku Otty. Tutaj wtrącę małą anegdotkę. Siedząc przed sklepem zauważyłem kilku miejscowych siedzących przy stoliczkach, pijących piwo i ogólnie odpoczywających przy piwku. Po chwili podjechał ich kolega i dołączył do nich. Stwierdziłem, że to jest dokładnie taka sama sytuacja, jaką nierzadko można spotkać w Polsce pod mniejszymi marketami czy lokalnymi sklepami. Jedyną różnicą było to, że Norwegowie mieli iPhony i ich kolega podjechał samochodem elektrycznym. W każdym razie miałem nadzieję, że dzisiaj spokojnie dojdziemy do Otty. Jednak życie zweryfikowało moje założenia. O ile na początku szlak przebiegał w dość łatwym terenie to później stał się bardzo stromy i skalisty. Dobrze, że było sucho i że nie szedłem samemu, bo naprawdę się przeraziłem. W czasie deszczu lub zaraz po ten odcinek może być naprawdę bardzo niebezpieczny. Ten etap bardzo nas wszystkich zmęczył. Dlatego gdy doszliśmy do Varpbaugen postanowiliśmy przenocować wspólnie w chatce na campingu. Ciepły prysznic i wyspanie się w cieple bardzo podniosły nasze morale. By osiągnąć sukces to trzeba przejść długa drogę. Wiele małych kroczków. Często pod górę i bardzo monotonną ścieżką, ale chyba innej drogi nie ma. Z dodatkowych atrakcji tego dnia widzieliśmy żyrafę. I to rzeczywistych rozmiarów.

Dzień 15. Varphaugen – Vollheim (35 km)

Wyruszamy koło 9 rano. Dojście do Otty okazuje się łatwiejsze niż przypuszczaliśmy. Dzień jest słoneczny, bezchmurny i bezwietrzny. Żar się leje z nieba. W Ottcie małe zakupy i krótki postój. Za Ottą znajduje się kościół, niestety bez pieczątki. Był jednak to pierwszy kościół, w którym mógłbym uczestniczyć w mszy świętej. Szkoda tylko, że byłaby to msza pogrzebowa. Niestety, jeśli ktoś zakłada, że na tym szlaku będzie mógł uczestniczyć aktywnie w mszach świętych to muszę go rozczarować. Większość z nich odbywa się tylko w niedzielę i tylko raz dziennie. Zatem trzeba bardzo skrupulatnie zaplanować wędrówkę, jeśli chce się wziąć udział w mszy. Jeśli zaś chodzi o wędrówkę to najgorsze dopiero było przed nami. Przez najbliższe 12 kilometrów szlak ciągnie się w dolinie rzecznej. Teraz są tutaj pola uprawne. 12 kilometrów w pełnym słońcu, prawie bez możliwości znalezienia skrawka cienia dla ochłody. Jeśli chodzi o wodę to jest obok duża rzeka. Tylko z dojściem może być ciężko. W końcu po kilku godzinach dochodzimy do miejscowości Sel. Dla mnie wtedy ona nie była znana, ale dla miłośników powieści „Krystyna córka Lavransa” nazwa powinna być znajoma. Tutaj też znajduje się mini osada, którą wybudowali specjalnie na potrzeby filmu opartego na tej powieści. Mnie niestety to nie zachwyciło. Może, dlatego że wcześniej nie znałem tej książki ani nie oglądałem filmu. Dla miłośników tej historii może jednak być miłym akcentem na szlaku. Później na szczęście szlak prowadził przez lasy i tereny górzyste. W pewnym momencie szedłem takim fragmentem, że czułem się jak Sam i Frodo z Władcy Pierścieni. Minęliśmy kilka wysokich wodospadów, a w kanonie płynęła bystra rzeka. Na koniec dnia były jeszcze odcinki szutrowe i przechodziliśmy przez wymarłe wioski. W końcu udało się dojść do campingu w Vollheim. Tu była śmieszna sytuacja, bo mieliśmy początkowo do wyboru namiot za 150 NOK lub chatkę za 550 NOK bez łazienki itp. Gdy dyskutowaliśmy między sobą to w między czasie okazało się, że zwolniło się miejsce w chatce za 500 NOK z własną łazienką. Kolejna noc po dachem. Rozpusta, ale pozwala to dobrze wypocząć i nie martwić się o kolejną noc nieprzespaną z powodu zimna. A to jest potrzebne, bo następnego dnia trzeba dojść do Dovre. Ostatniej miejscowości przed najdłuższym etapem bez możliwości dodatkowego zaopatrzenia.

Dzień 16. Vollheim – Veslhøe (37 km)

Kolejna ciepła noc. Jednak pomimo luksusów trzeba wyruszyć na szlak. Koło godziny 12 dochodzimy do Dovre. Tam w ostatnim sklepie robimy zapasy na kolejne kilka dni. Market okazuje się droższy niż zwykle, ale co zrobić. Sytuacja trochę podobna jak na ostatniej stacji benzynowej przed granicą. Kilka rzeczy trzeba kupić i tyle. Nieopodal też znajduje się kościół z kamieniem milowym z liczbą 250 kilometrów. Już tylko ćwierć tysiąca kilometrów zostało! Sam kościół z zewnątrz nie wygląda najładniej, bo został obłożony kamiennymi płytami, które z daleka wyglądają jak zardzewiała stal. W środku jest dużo ładniejszy. Jest drewniany i ładnie zdobiony. No i ma toaletę (tylko trzeba się zapytać obsługi). Jeszcze można się poczęstować ciasteczkami i napojami.  Po wyjściu z kościoła idziemy jeszcze wspólnie. Dzisiaj mamy wejść w teren naprawdę górzysty. Odcinek, na który najbardziej czekałem. Przy wejściu na szczyt zaczepia mnie jeden pan. Okazuje się, że jest to redaktor lokalnej gazety. Po krótkim wywiadzie (niestety nie znalazłem wywiadu w Internecie) idę dalej. Niedługo potem odłączam się od dziewczyn. Kilka dni wspólnych było wspaniałym odpoczynkiem od samotności, ale najbliższe dni w górach chciałbym spędzić samemu. Móc przemyśleć w samotności kilka spraw. Krajobraz zaczyna być pustkowiem. Wokół mnie roztaczają się głównie kamienie, mchy i trochę krzewów. Na horyzoncie w oddali widać ośnieżone szczyty wysokich gór. Niebo zachodzi chmurami i tylko czekam aż zacznie padać deszcz. Za Fokstugu postanawiam znaleźć miejsce do spania przy pierwszym lepszym strumieniu. Po około godzinie natrafiam na takie miejsce. Gdy rozłożyłem namiot to deszcz akurat zaczął padać. Z dźwięków, jakie do mnie dochodzą to krople deszczu rozbijające się o namiot, dzwoneczki owiec i wiatr. W końcu Norwegia, na jaką czekałem.

Dzień 17. Veslhøe – Kongsvold (31 km)

No i znowu zaczęły się zimne noce. Rano, gdy się zbierałem ujrzałem piękny widok. W dolinach kłębiły się chmury. Ja miałem obóz na wysokości około 1000 m n.p.m. Tego dnia musiałem przejeść przez wiele terenów podmokłych. Spróbowałem patentu z foliówkami na skarpetkach. I o dziwo nawet dawały radę. Dopóki się nie podwinęły po 4 godzinach. Idąc tutaj można podziwiać przepiękne widoki na okoliczne pustkowia i ośnieżone szczyty gór. Okolica przypomina mi ziemie Rohanu z Władcy Pierścieni. W rzeczywistości jest to szlak wędrówek reniferów i ludzie już kilka tysięcy lat temu w tych rejonach polowali na te zwierzęta. W końcu docieram do kościoła w Hjerkinn. Na szczęście jest otwarty. Częstuję się kawą i ciasteczkami. Tu też spotykam Norweżkę, która przechodzi Olavsweg na raty. Za kościołem szlak pnie się pod górkę drogą Kongsvegen, co znaczy „Królewska droga”. Tędy kiedyś prowadziła droga pomiędzy Nidaros a Oslo. Na tym odcinku zostało wykonanych kilka najbardziej popularnych zdjęć tego szlaku m.in. kamień milowy wyznaczający 208 kilometrów do celu. Na zachodzie widać ośnieżone szczyty gór Oppdal, gdzie żyją piżmowoły i rosomaki. Ja, może na szczęście, żadnego nie spotkałem. Wcześniej od kolegi, a teraz z tablic informacyjnych dowiaduję się, że piżmowoły są bardzo agresywnymi zwierzętami. Lepiej im nie wchodzić w drogę. Dzisiaj udało mi się położyć spać wcześniej. Głównie, dlatego że kolano mnie boli coraz bardziej.

Dzień 18. Kongsvold – Nordistusætra (31 km)

W nocy obudziłem się, koło 4:30, ale po ponownym podgrzaniu herbatki w bidonie udało mi się wytrzymać jeszcze dwie godziny. Na zewnątrz namiotu pada i wieje. Nie chce się wychodzić, ale trzeba. Dochodzę dość sprawnie do Kongsvold jednak za nim zacznie się chyba najtrudniejszy odcinek na całym szlaku. Na mapie nie wygląda tak strasznie. Natomiast w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Śliskie kamienie po deszczu. Mokra trawa, która przysłania śliskie korzenie i błoto. A do tego wszystkiego bardzo strome krótkie podejścia i zejścia. Niby to tylko 4 kilometry, a ja chyba szedłem ten odcinek około 3 godziny. Na szlaku spotkałem tutaj całego jednego turystę. Szedł w przeciwnym kierunku. Z powodu krzaków prawie na niego wpadłem na szlaku. Później szlak zaczyna się powoli wspinać. Jest już łatwiej. W pewnym momencie odbijamy w prawo na wschód. Ostatnie strome podejście i na górze czeka na mnie krajobraz ogromnych pustych przestrzeni. Widoki chyba lepsze niż wcześniej. W oddali widzę może kilka nieużywanych budynków gospodarczych, ale poza kilkoma owcami nie widać żywej duszy. Cały czas wieje, co na takim pustkowiu nie sprzyja dobremu samopoczuciu. O ile jak się idzie to się idzie, lecz gdy chcę zrobić postój to nie mogę znaleźć miejsca osłoniętego od wiatru. W pewnym momencie szlak łączy się z drogą polną i dalej idzie się już drogą. Tutaj też mija się najwyżej położony punkt na szlaku: 1314 m n.p.m. Następnie droga szła już w dół. Dość łagodnie, lecz moje nogi bolały coraz bardziej. Dochodzę w końcu do schroniska w Ryphusan i tu robię błąd. Zaczęło padać, a ja stwierdziłem, że jeszcze trochę przejdę dzisiaj. Powinienem zostać. Idąc dalej w coraz to większym deszczu dochodzę do kamiennej chatki pasterza. Była pusta, lecz jej wygląd mnie tak przerażał, że zrezygnowałem z noclegu w niej. W końcu rozbijam namiot dosłownie przy drodze. Na szczęście obok mnie płynie strumień to, chociaż wody nie muszę oszczędzać. Cały mokry kładę się spać.

Dzień 19. Nordistusætra – Heverstøl (45 km)

Po raz pierwszy obudziłem się z zimna o 1:30. Wyglądając z namiotu zobaczyłem, że jest nawet trochę ciemno. Był to mały szok po ostatnich dniach, kiedy to cały czas na niebie panuje jasność. Udało mi się pospać do 6. Początkowo chciałem leżeć aż się poczuję lepiej gdyż miałem naprawdę ciężki kryzys. Nogi bolą cały czas. Mokro i zimno na zewnątrz. Nie jest łatwo. W końcu się przemogłem, włożyłem mokre buty i poszedłem przed siebie w deszczu. Na szczęście szlak był tego dnia naprawdę łatwy. Ale przed Oppdal raz nawet się zgubiłem. Skręciłem na środku pola za wcześnie. Przez to musiałem nadrabiać chyba z kilometr drogi. Na szczęście to tylko kilometr. Pogoda trochę się polepszyła i przy kościele w Oppdal suszę swoje rzeczy. Jem porządniejsze śniadanie i po dłuższej przerwie ruszam dalej na szlak. Ten odcinek szlaku zapamiętam, jako najnudniejszy. Prawie cały czas się szło szutrową drogą. Wykorzystałem to, by nadrobić trochę kilometrów. Ku mojemu zaskoczeniu na drodze spotkałem pielgrzyma. Sarę, z Niemiec. Po krótkiej wymianie zdań poszedłem dalej. Stwierdziłem, że jeśli zacznie padać deszcz to się dzisiaj skryję pod dachem. No i oczywiście musiało zacząć lekko kropić. Po przelotnym deszczu moim oczom ukazała się tęcza, która wskazywała mi nocleg, Uznałem to za dobry znak i zaszedłem na starą farmę w Hæverstølen. W głównym budynku spotkałem w końcu innych pielgrzymów. Głównie z Holandii, Niemiec czy Wielkiej Brytanii, ale także znalazł się jeden z Portoryko. Ten ostatni okazał się tymczasowym gospodarzem tego schroniska. To schronisko nie ma jednego stałego gospodarza. Zostaje nim osoba, która zamierza przenocować w danym momencie najwięcej nocy. Opłaty zaś uiszcza się wypełniając formularz i wraz z pieniędzmi spakowanymi do jednej koperty wrzuca się do skrzynki w głównej sali. Warto zaznaczyć, że większość z pielgrzymów to byli ludzie w wieku emerytalnym. Brawo za odwagę i chęci! Dla mnie wielkie wydarzenie, bo po raz pierwszy spotkałem tylu pielgrzymów naraz i to różnych narodowości. Znowu mogłem się wyspać w cieple.

Dzień 20. Heverstøl – Gorset (42 km)

Tej nocy wyspałem się jak nigdy. Do dyspozycji, tylko dla siebie, miałem oddzielny domek. Po śniadaniu czas ruszać. Inni też się zbierają. Początkowo szliśmy wspólnie. Później trafiliśmy na miejsce, gdzie szlak się rozwidla na dwa warianty. Ja wybrałem pierwotny szlak, podobno trudniejszy, a inni wybrali alternatywną opcję. Później szedłem znowu samemu. Tego dnia szło mi się bez życia. Niby wykonałem ilość kilometrów przewidzianą na ten dzień, ale nie sprawiało mi to radości. Przy Rennebu był ładny widok na dolinę rzeczną, ale w samej miejscowości kościół był zamknięty. Obok kościoła jest stary most wiszący. Idąc dalej szedłem głównie szutrami i lasami. Noga bolała dość mocno. Miałem też problemy, żeby znaleźć dobre miejsce na nocleg, by mieć łatwy dostęp do strumienia. W końcu znalazłem miejsce w zaroślach niedaleko jakichś starych szklarni czy innych budynków gospodarczych. Trochę one mnie straszyły, ale jakoś zasnąłem.

Dzień 21. Gorset – Korslia (44 km)

Tego dnia szło mi się całkiem nieźle. Nawet noga jakby mniej bolała. Lżejszy plecak robi swoje! Początkowo szedłem lasami i polami, by dojść do kościoła w Meldal. Tam dostałem pieczątkę od ogrodnika. Był to też pierwszy tak bogato zdobiony kościół, jaki zobaczyłem w Norwegii. Oznakowanie szlaku wróciło do normy, czyli znowu jest bardzo dobre. Tego dnia też ujrzałem 2 myśliwce wojskowe, które leciały naprawdę nisko. Mogłem im się dobrze przyjrzeć. Później, gdy doszedłem do drogi to przez następne kilka kilometrów szedłem po prostu chodnikiem. Gdy już zszedłem z chodnika droga stała się szutrowa. Widoki w oddali były bardzo ładne. Udało mi się też znaleźć naprawdę ładne miejsce na nocleg. Stojąc obok namiotu podziwiałem ostatnie ośnieżone szczyty na horyzoncie. Nocleg miał jedną wadę. Pełno wstrętnych, małych muszek! Było ich tak dużo, że kolację przygotowywałem przy zamkniętych drzwiach od sypialni w namiocie. Jedynie ręce w rękawiczkach wystawały na dole uchylonych drzwi, by móc operować kuchenką i naczyniami. Dzisiejszy dzień przyniósł mi refleksję na temat historii Norwegii. Z jednej strony potomkowie walecznych wikingów, którzy podbili pół europy i byli postrachem mórz. Odkrywców, co dopłynęli do Ameryki Północnej kilkaset lat przed Kolumbem. Z drugiej późniejsze państwo zależne od Danii czy Szwecji. Idąc kilkaset kilometrów przez Norwegię nie widzę żadnych zamków ze średniowiecza czy wspaniałych dworków. Nawet król odpoczywał na zwykłej farmie, którą zwiedzałem wcześniej. Czy to był naród rybaków i rolników? I to żyjących w bardzo ciężkich warunkach. Pół roku zima, ciemno i śnieg a drugie pół roku próba uprawy czegokolwiek na kamienistym podłożu. Gdyby nie petrodolary to teraz Norwegia mogłaby być bardzo biedna. Jednak trzeba im uczciwie przyznać, że pomimo dzisiejszego bogactwa odrobili zadanie domowe i dobrze inwestują (m.in. państwo inwestuje w nowe technologie czy fundusze finansowe) oraz Norwegowie nie kupują sobie m.in. złotych samochodów na pokaz, co ukazuje ich stosunek do pieniędzy i bogactwa. Dodam jedynie, że pod koniec dnia miałem pierwszą niezbyt przyjemną sytuację na szlaku. Już, gdy zamierzałem szukać miejsca na nocleg, idąc szutrową drogą zaczepił mnie traktorzysta. Po krótkiej miłej rozmowie zaczął mnie nakłaniać, bym poszedł spać do niego, bo on potrzebuje pracowników i ma już pracowników z Polski. Nie byłoby to może niemiłe gdyby nie to, że zaczął być bardzo nachalny. Na szczęście po chwili jechał inny samochód, a droga była bardzo wąska i on siłą rzeczy musiał odjechać, co było bardzo dobrym powodem do zakończenia rozmowy. Na szczęście cała sytuacja zakończyła się szczęśliwie.

Dzień 22. Korslia – Frøset (45 km)

Tej nocy kiepsko spałem. I to nie z powodu zimna. Wierciłem się i majaczyłem. Z tego powodu wyszedłem na szlak bardzo wcześnie. Miałem nadzieję, że uda mi się dojrzeć łosia, ale nic z tego. Następnie czekały mnie tereny podmokłe. To było okropne. Buty mokre i brudne i jeszcze bardziej śmierdzące. Żadnych kładek. Widoki może i ładne (podobne do tych w Estonii), ale stopy tego zdecydowanie nie lubią. Znalazłem też książkę wpisów z ostatnim wpisem z 4 lipca. Czyli sprzed 3 dni. Gdy już opuściło się mokradło to drogami dochodzi się do kościoła w Skaun. Tutaj miałem szczęście, bo przyjechał jakiś pracownik i mi otworzył kościół. Dzięki temu mogłem go obejrzeć od środka i zdobyć pieczątkę. Zaraz za Skaun podchodzi się na wzgórze. Tam można ujrzeć po raz pierwszy Trondheim! Później dochodzi się do miasteczka Buvika. Natomiast za miastem droga idzie przez pole campingowe z przyczepami campingowymi. Powiem szczerze, że w Norwegii to chyba dość popularny sposób na spędzanie czasu. W tym miejscu szlak rozdziela się na dwa warianty. Jeden prowadzi wzdłuż wybrzeża i później łodzią można przedostać się na drugi brzeg. Ja w recepcji, gdy spytałem się o tą łódź to popatrzyli na mnie jak na kosmitę. Dlatego wybrałem opcję drogi idącą przez most, by nie ryzykować. Podobno, żeby skorzystać z łodzi trzeba się umówić wcześniej ze schroniskiem Sundet Farm po drugiej stronie rzeki Gaulaby i wtedy ktoś ze schroniska przypłynie po pielgrzyma. Ja za to poszedłem polami w pełnym słońcu i kurzu od jadących samochodów. Później szło się jeszcze trochę lasami, ale widać już powoli zabudowania przedmieść. Namiot rozbiłem jakieś 8 km przed celem. Prawie, że w jakimś miejskim parku. Jak można zauważyć, przez ostatnie kilka dni przechodziłem dziennie ponad 40 kilometrów. Było to spowodowane kilkoma czynnikami. Długie dni, lżejszy plecak, własne tempo, ale może przede wszystkim tęsknota za bliskimi i chęć by jak najszybciej się z nimi spotkać.

Dzień 23. Frøset – Nidaros (8 km)

Po pobudce i złożeniu obozu czas wyruszyć na ostatni odcinek drogi. W kroplach małego deszczu szedłem najpierw przez lasy i pojedyncze domy, by dojść do miasta i iść wśród domów i bloków. W jednym miejscu, na wzgórzu, w końcu ujrzałem cel mojej podróży. Katedrę w Nidaros. Po drodze przechodziłem jeszcze obok jednego kościoła, ale standardowo był zamknięty. Idąc powoli, uważając na samochody, starając się nie zgubić szlaku na ostatnich metrach dochodzę do Katedry. Tam ujrzałem sporo turystów. Wiele osób robi zdjęcia. Ja też proszę o pamiątkową fotografię z kamieniem milowym. Na nim napis głosi „0 km”. Dotarłem do celu. Dokładnie 3 tygodnie po rozpoczęciu wędrówki z Oslo. Czuję ulgę. Udało mi się dojść do celu. Mój pierwszy długodystansowy szlak został zaliczony, a przejście jego stało się faktem. Skierowałem swe kroki do sklepu z pamiątkami. Tam wyczytałem, że mogę zwiedzić katedrę za darmo, tylko muszę się zarejestrować w centrum pielgrzyma. Zatem poszedłem do centrum pielgrzyma, które znajduje się na tyłach katedry, prawie nad samą rzeką. I tu okazało się, że centrum rejestruje pielgrzymów od godziny 14. Na szczęście dzięki paniom sprzątaczkom, udało mi się zakwaterować wcześniej w dormitorium 10 osobowym. Gdy wszedłem do pokoju to spotkałem tam Niemca i Francuza. Oni się już pakowali do wyjścia. Później okazało się, że cały pokój był dla mnie. Po godzinie 14 udało mi się zdobyć dwie ostatnie pieczątki do paszportu pielgrzyma oraz certyfikat potwierdzający przejście szlaku. Następnie udałem się na dworzec pociągowy, by zakupić bilety na następny dzień na lotnisko. Tutaj warto dodać pewną kwestię. Z powodu dotarcia do celu tydzień wcześniej zostałem postawiony przed dylematem. Wracać wcześniej do kraju czy przeżyć jeszcze tydzień w Norwegii. Wybrałem to pierwsze, ponieważ bardzo tęskniłem za rodziną. Nie udało mi się przebookować biletów i trochę mnie kosztowało zakupienie nowych. Z drugiej strony zakup żywności na cały tydzień w Norwegii też by nie wyszło tanie. W każdym razie nie powtarzajcie mojego błędu. Podsumowując, albo kupujecie bilety z opcją przebookowania w razie czego albo nie kupujecie wcale i myślicie o zakupie przed samym dojściem do Nidaros. Następnie wróciłem do Katedry chcąc ją zwiedzić, ale okazało się, że katedra jest, a raczej była, otwarta dla zwiedzających do godziny 14. Byłem lekko zaskoczony. Chciałem potem zjeść obiad z moich zapasów i niestety musiałem to robić poza centrum pielgrzyma, bo nie ma w nim kuchni dostępnej dla pielgrzymów. Kto to widział? Po obiedzie poszedłem się przejść po Trondheim. Bardzo ładne miasteczko. Czuć portowy, stary charakter miasta. W samym centrum znajduje się drewniana zabudowa, przez co można poczuć się jak na wsi. Zakupiłem też trochę cukierków (żelki z lukrecji) na pamiątkę, bo jutro niedziela, co oznacza pozamykane sklepy. Po spacerze wróciłem do centrum pielgrzyma i poszedłem spać. Czysty, suchy i w cieple w końcu zasnąłem.

Dzień 24. Nidaros – Warszawa (1 390 km)

Ostatni dzień w Norwegii. Obudziłem się całkiem rano i postanowiłem wyjść na miasto. Dzięki temu mogłem spacerować i fotografować, gdy na ulicach jeszcze nie było dużo ludzi. Po godzinie 9 w końcu mogłem wejść do Katedry. Niestety nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia, bo już widziałem podobne m.in. w Anglii. Jednak organy przy głównym wejściu i witraż są bardzo efektowne. Na samym końcu katedry, za ołtarzem w obejściu, w jednej z komnat znalazłem skrzynię pokrytą malunkami. To te malunki przedstawione są m.in. na paszporcie pielgrzyma. Na niej pielgrzymi zostawiają swoje intencje czy modlitwy. Okazuje się jednak, że nie jest to trumna Św. Olafa jak początkowo myślałem. W okresach reformacji jego trumna została wywieziona do Danii i przetopiona na monety, ponieważ była wykonana ze srebra. Zaś jego szczątki zostały pogrzebane w niewiadomym miejscu. Do dzisiaj ich nie odnaleziono. Na sam koniec dodam jeszcze, że główna fasada katedry, na której znajduje się wiele rzeźb świętych nie jest oryginalna gotycka. To też mnie rozczarowało. Naprawę spodziewałem się oryginalnej budowli. A nie przebudowanej w XIX-XX wieku. Następnie zjadłem ostatni obiad w Norwegii (w krzakach). Spakowałem się i poszedłem na dworzec. Stamtąd pojechałem pociągiem na lotnisko pod Trondheim. Lotnisko całkiem śmieszne. Kilkadziesiąt gate’ów a tylko 6 bramek do kontroli osobistej. Pomimo tego, że otwarte były 3 to ja przeszedłem kontrolę w jakieś 3 minuty. Może, dlatego że miałem tylko plastikową siatkę z marketu, bo większość rzeczy została w bagażu rejestrowanym. Oczekiwanie na samolot i powrót do Polski, przez Amsterdam. W Amsterdamie ludzie dziwnie się na mnie patrzyli. Jakby latanie z siatką na zakupy było czymś niezwykłym! Dodatkowo po tygodniach spędzonych w wyludnionym państwie doznaję małego szoku, bo nagle widzę tłumy ludzi. Następny przystanek – Polska!

Doleciałem bezpiecznie, a na lotnisku zostałem przywitany już przy odbiorze bagażu. Tak oto zakończyła się moja największa przygoda życia.

Mam nadzieję, że ten artykuł zawiera informacje, które mogą pomóc komuś, kto sam będzie planował przejście tym szlakiem. Osobiście ludzie mi gratulują przejścia tak długiego szlaku. To bardzo miłe, jednak sam pamiętam jak się stresowałem przez pierwszy tydzień zastanawiając się czy dam radę. Teraz patrząc z dalszej perspektywy widzę, że to nie było takie trudne. Szczególnie fizycznie. Trochę pęcherzy na stopach, ból nóg czy zimne noce to najgorsze, co mnie spotkało na tym szlaku. Psychicznie było gorzej, bo nieraz miałem chwilę zwątpienia i chciałem zrezygnować. Teraz uważam, że wiele rzeczy wydaje się trudne dopóki nie zaczniemy ich robić. Najtrudniejszy jest pierwszy krok, a potem jakoś się idzie. Osobiście uważam, że ten szlak każdy da radę przejść. Trzeba tylko spróbować. Czego każdemu życzę!

Gdyby ktoś chciał przeczytać o sprzęcie, jakiego używałem to zapraszam tutaj.
Zaś tutaj znajdziecie kilka rad jak przejść ten szlak.

Pozdrawiam,
Witek

« »

© 2019 Jeden Plecak. Theme by Anders Norén.

creaated by in1.pl